Ads 468x60px

wtorek, 28 kwietnia 2020

Rose Tremain - Sonata Gustava



Autor:  Rose Tremain
Tytuł: „Sonata Gustava"
Tytuł oryginałuThe Gustav Sonata
Tłumaczenie Dominika Cieśla-Szymańska
Wydawnictwo: W.A.B
ISBN: 978-83-28042-34-6
Data wydania: marzec 2017
Liczba stron: 352
Seria wydawniczaDon Kichot i Sancho Pansa
«„Widzisz więc – mówiła – musisz być taki jak Szwajcaria. […] Musisz się trzymać i być dzielny, być samodzielny i silny. Wtedy będziesz miał „życie takie, jak trzeba”»[1].

Przeciętnemu laikowi trudno uwierzyć w to, że mały alpejski kraj, jakim jest Szwajcaria, przez cały czas trwania II wojny światowej zachował niepodległość pomimo graniczenia z III Rzeszą. Od wielu lat badacze zastanawiają się, jakie były przyczyny tego, że Hitler nie zdecydował się na zbrojną inwazję na swojego południowo-zachodniego sąsiada. Współcześnie zdania historyków w tej sprawie są podzielone. Niemniej sami Szwajcarzy są przekonani, że to ich siła woli, zapobiegliwość i działania dyplomatyczne sprawiły, iż nie podzielili losu krajów w podobnej sytuacji takich jak Finlandia. Poza tym, chyba żadne z państw neutralnych nie uczyniło ze swojej „neutralności” cechy narodowej, tak jak małe alpejskie państwo, słynące z produkcji sera. Co było tego przyczyną?

Aby spróbować odpowiedzieć sobie na to trudne pytanie, musimy na chwilę cofnąć się kilka wieków – a dokładnie do roku 1815, kiedy podczas Kongresu Wiedeńskiego[2] został ustanowiony nowy ład polityczny na naszym kontynencie. To właśnie wówczas mocarstwa europejskie potwierdziły neutralny status Szwajcarii. Odtąd neutralność polityczna była kluczową kwestią w poczynaniach międzynarodowych małego alpejskiego kraju. Taki stan rzeczy trwał niezachwianie przez lata, pomimo różnorodnych konfliktów na terenie Starego Kontynentu takich jak wojna francusko-pruska (1870-1871) czy I wojna światowa (1914-1918).

W latach trzydziestych XX w. zaczęto się zastanawiać, czy uda się zachować przyjęte zasady w obliczu   zagrożenia ze strony Niemiec po objęciu władzy przez Adolfa Hitlera 5 marca 1933 roku.  Zasadniczymi kwestiami, z jakimi musieli zmierzyć się Helweci, była nie tylko wspomniana wcześniej neutralność polityczna, ale także ryzyko nagłej inwazji ze strony wschodniego sąsiada. Hitler miał nadzieję, że Szwajcaria, podobnie jak Austria, zostanie anektowana bez rozlewu krwi. Było to niezwykle ważne w kontekście ewentualnego ataku na Francję omijając Linię Maginota[3].  Władze alpejskiej republiki nie wierzyły w czcze obietnice o przyjaźni sąsiedzkiej składane przez III Rzeszę. Niewątpliwie na ten brak zaufania zapracowali sobie sami hitlerowcy, którzy nie uchronili się przed pewną nieostrożnością w pierwszych miesiącach rządów.

W francuskojęzycznej szwajcarskiej prasie w 1934 roku zostały opublikowane rzekome plany inwazji Führera wraz z mapą przyszłych Wielkich Niemiec, do których miała zostać wcielona Szwajcaria. Dyplomacja niemiecka żarliwie zaprzeczała tym doniesieniom, zapewniając o pokojowych zamiarach. Jednak na wspólnych międzynarodowych ćwiczeniach wojskowych naziści odnosili się do Helwetów z pogardą, nazywając ich „zagubionymi niemieckimi braćmi”, którzy niebawem wrócą do domu. W związku z rosnącym niepokojem, władze szwajcarskie postanowiły jeszcze przed wybuchem globalnego konfliktu, wybudować fortyfikacje obronne nazwane później Redutą Narodową.  

Mimo to naziści liczyli, iż Szwajcarzy niemieckiego pochodzenia pomogą im w zajęciu kraju bez użycia siły. Również na tym polu spotkało ich duże rozczarowanie. Niemieckojęzyczni Helweci, co prawda często posiadali rodziny na terenie III Rzeszy, ale w większości byli odporni na hitlerowską propagandę. Było to skutkiem silnie zakorzenionej tożsamości narodowej, budowanej dzięki obowiązkowej rotacyjnej służbie wojskowej. W praktyce oznaczało to, że każdy dorosły i zdrowy Szwajcar do pięćdziesiątego roku życia mógł zostać wezwany do przydzielonej mu jednostki - nawet w okresie pokoju. Wówczas jego obowiązki przejmował ktoś, kto akurat nie dostał powołania do służby. Oczywiście po pewnym czasie role się odwracały. Taki system sprawiał, że poziom wyszkolenia wojskowego mieszkańców był na tyle wysoki, iż większość z nich była gotowa do natychmiastowej mobilizacji.

Adolf Hitler uznał, że na początkowym etapie wojny nie warto atakować Szwajcarii. Nie był to bynajmniej skutek dobrej woli dyktatora, ale realnej analizy ewentualnych zysków i strat. Führer co prawda mógł w każdej chwili zająć alpejską republikę, ale z przyczyn taktyczno-polityczno-gospodarczych postanowił   odłożyć w czasie plany operacji. Składało się na to kilka czynników. Po pierwsze, jak już wcześniej wspomniałam, naziści chcieli zaatakować Francję od strony Alp. Żołnierze Wermachtu nie posiadali jednak ani doświadczenia w walce w górskim terenie ani szczegółowych map topograficznych tego obszaru. Z drugiej strony Niemcy doskonale zdawali sobie sprawę, że Szwajcaria jest uzależniona od ich dostaw handlowych. Z punktu widzenia III Rzeszy dużo korzystniej było chwilowo uszanować neutralność sąsiada, proponując mu eksport żywności w zamian za umowy na produkcję części do niemieckich maszyn w szwajcarskich fabrykach. Układ był na tyle korzystny dla Hitlera, iż w 1940 roku niepodległa Szwajcaria ze wszystkich stron sąsiadowała z państwami Osi[4]. Zakleszczenie małego kraju sprawiło jednak, że w Niemczech powstało, aż kilka planów inwazji, do której ostatecznie nigdy nie doszło. Można uznać, że był to wynik szczęśliwego zbiegu okoliczności, bowiem kilka tygodni przed rozpoczęciem działań, przyszła operacja zajęcia górzystego kraju została anulowana ze względu na atak III Rzeszy na Związek Radziecki w grudniu 1940 roku. Ryzyko ewentualnego ataku istniało jednak aż do końca wojny.


 Nie był to jednak jedyny problem Helwetów. Jeszcze przed oficjalnym wybuchem II wojny światowej do granic Szwajcarii zaczęły pukać coraz większe grupy imigrantów i uchodźców. Był to skutek nie tylko szalejącego w latach trzydziestych Wielkiego Kryzysu gospodarczego[5], ale również represyjnej polityki nazistów wobec niemieckich oraz austriackich Żydów. Co prawda, na tym etapie przygotowań do wojny, Hitler nie miał jeszcze w planach „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”, ale nie zmienia to faktu, iż tysiące osób z dnia na dzień zostało pozbawionych dotychczasowego obywatelstwa i zmuszonych do ucieczki. W tym momencie przed rządem szwajcarskim pojawił się problem jak racjonalnie, a zarazem w jak najbardziej humanitarny sposób ograniczyć napływ ludności. W lipcu 1938 w tej sprawie odbyła się międzynarodowa konferencja w Èvian we Francji z udziałem przedstawicieli trzydziestu ośmiu państw, która uświadomiła Helwetom, że poza kilkoma krajami nikt nie jest zainteresowany wsparciem ich działań. Zmusiło to władze małego kraju do wielokrotnej zmiany polityki imigracyjnej podczas wojny.

Szwajcarzy, będąc narodem ceniącym prawa człowieka, pragnęli ochronić jak najwięcej ludzkich istnień. Szybko okazało się, iż mały kraj przecenił swoje siły i ze względu na ograniczoną ilość żywności, nie mógł wpuścić wszystkich ludzi proszących o azyl. W związku z powyższym zdecydowano o dość dziwnym posunięciu, które podczas procesów norymberskich[6] było interpretowane na niekorzyść Szwajcarów. Mianowicie, w 1938 roku władze alpejskiej republiki miały podsunąć III Rzeszy pomysł, aby stemplować paszporty żydowskie literą „J”, co miało ułatwić ich identyfikację na przejściach granicznych. O ile dla władz szwajcarskich był to sposób, by ratować uchodźców, odsiewając ich od imigrantów ekonomicznych, o tyle naziści dostali do ręki genialny przedmiot nowej represji wobec Żydów. Kiedy stało się jasne, że pomysł Helwetów spowodował fatalne skutki, było już za późno, by cokolwiek zmienić. Choć Szwajcaria stała się „szalupą ratunkową” dla wielu uchodźców, od tej pory była posądzana przez społeczność międzynarodową o antysemityzm. Trudno się z tymi oskarżeniem jednoznacznie zgodzić, wiedząc, że rząd szwajcarski nigdy - pomimo wielu nacisków – nie przekazał III Rzeszy nazwisk swoich obywateli pochodzenia żydowskiego.



Między innymi do skutków powyższych wydarzeń nawiązała Rose Tremain w książce, o której chciałabym Wam opowiedzieć. Ostrzegam jednak, iż ze względu na konstrukcję Sonaty Gustawa oraz moje kontrastowe emocje podczas lektury, które chciałabym jak najlepiej uargumentować, będę odwoływać się do konkretnych wątków w fabule. Jeśli nie lubicie spojlerów – zapraszam do zapoznania się z opiniami o innych książkach, dostępnymi na tym blogu.

Naszą podróż w poszukiwaniu istoty pewnej relacji rozpoczynamy w 1947 roku w Matzlingen na północy Szwajcarii. To właśnie tam, w niewielkiej, choć dwupokojowej, klitce mieszka pewna uboga wdowa wraz z pięcioletnim synem Gustavem. Ich życie nie należy do łatwych, ale nie różni się niczym, od losów większości mieszkańców małej, obskurnej kamienicy. Emilie pracuje na dwie zmiany w fabryce serów, a w weekendy sprząta kościół tylko po to, by zapewnić swojemu dziecku porządną edukację. Nigdy nie okazuje mu jednak prawdziwego matczynego ciepła, którego potrzebuje każdy mały człowiek. Sam Gustav stara się być grzeczny i robi wszystko, aby zasłużyć na uśmiech Mutti, jednak ta potrafi go tylko strofować lub darzyć chłodną obojętnością. Jak twierdzi, mężczyzna, nawet gdy ma dopiero kilka lat, musi panować nad sobą, nie okazując uczuć.  Chłopiec nie wie, co o tym myśleć, zwłaszcza widząc zachowanie nowego kolegi z przedszkola, którym ma się zaopiekować.

 Szybko okazuje się, że ciągle płaczliwy i smutny Anton stanie się kimś ważnym w życiu Gustava. Jednak zanim obaj zdadzą sobie sprawę, że ich życia przypominają dziwną oś symetrii, będą musieli dowiedzieć się, czego tak naprawdę oczekują od losu. Początki nie będą łatwe zwłaszcza dla naszego małego narratora, który po wizycie nowego kolegi w jego domu, słyszy od matki, że nie życzy sobie dalszych wizyt tego Żyda. Jak uparcie bowiem twierdzi, to właśnie Żydzi zabili jej bohaterskiego męża, który teraz spogląda z portretu w jej sypialni i wstydzi się za syna. Mały Gustav nie do końca wie, co Mutti ma na myśli, zwłaszcza że mama jego nowego kolegi jest bardzo miła, ma ładny duży dom i nawet zabiera go w weekendy na łyżwy. Dziwnym trafem to rodzina Antona obdarza biedną półsierotę ciepłem, którego nigdy wcześniej nie doświadczyła. Zweibelowie mają ku temu powód, o którym chłopiec dowie się podczas wspólnych wakacji w Davos, gdzie po raz pierwszy zabawi się z Antonem „w bogów”.



Sonata Gustava to powieść zarówno zachwycająca, jak również bardzo rozczarowująca. Dlaczego zestawiam ze sobą dwa tak kontrastowe określenia? Cóż… Na to pytanie nie da się odpowiedzieć jednym zdaniem. Pierwszą rzeczą, która mnie zaskoczyła był dość ambitny początek książki. Rose Tremain postanowiła, bowiem oprzeć fabułę na dwóch płaszczyznach – jawnej i ukrytej. Na pozór śledzimy okres dojrzewania i budowania relacji między dwoma krańcowo różnymi bohaterami. Gustav to chłopiec z biednej i niepełnej rodziny, który nie posiada nawet porządnego biurka, przy którym mógłby się uczyć. Natomiast Anton ma piękny dom i kochających rodziców, którzy zmuszają swoje dziecko do występów scenicznych, faszerując go przy tym lekami oraz trzymając pod kloszem. Tak odmienne doświadczenia życiowe, wpływają na niejednoznaczną relację między kolegami z klasy. Gustav codziennie jest dla Antona kimś innym. Raz bywa przyjacielem, powiernikiem sekretów, skrytym kochankiem muzą, by nazajutrz stać się wrogiem, mało znaczącym sąsiadem, parobkiem na każde wezwanie oraz obiektem do okazania wyższości. Jaka jest więc istota więzi, która rodzi się pomiędzy dwójką tak odmiennych od siebie ludzi? Tę zagadkę musi odkryć sam czytelnik. Zadanie nie będzie proste, bo autorka co rusz wpędzi go w rodzaj dziwnego napięcia, że jego przypuszczenia są błędne.

Pomimo że pierwsza część Sonaty Gustava wydaje się najmniej dynamiczna, jest niemałą gratką dla tych, którzy lubią ukryte odniesienia historyczne. Autorka w tym miejscu pisze o skutkach wojny i wzroście antysemityzmu. Z perspektywy polskiego czytelnika, który zna aspekt żydowski głównie w kontekście obozów koncentracyjnych, opisywana przez brytyjską pisarkę sytuacja jest wręcz dziwnie nierealna. Tremain mówi, bowiem o tym, że żydowska rodzina żyje na wyższym poziomie niż rodowici Helweci. Z historycznego punktu widzenia nie jest wykluczone, że po wojnie, która zubożyła ludność całej Europy, część Szwajcarów mogła poczuć zawiść wobec przybyszów, którzy odbierali im pracę. Ale czy to oznacza, że Helweci mogli jawnie współpracować z nazistami podczas II wojny światowej? Rose Tremain zdaje się to sugerować w rozdziale, w którym pisze o wakacjach Gustava i Antona w Davos. To właśnie tam chłopcy odnajdują stary opuszczony budynek, w którym tworzą wymyślony szpital.  Byłaby to zwykła dziecięca zabawa jakich wiele, gdyby nie fakt, że ostatniego dnia wakacji koledzy postanawiają ostatecznie rozwiązać kwestię wymyślonych pacjentów, których muszą porzucić. Wspólnie postanawiają, że jednego ze zmarłych podopiecznych spalą w ogromnym piecu, znajdującym się w jednym z porzuconych pomieszczeń. Muszę przyznać, że był to dla mnie najbardziej okrutny, ale także najmocniejszy fragment powieści mówiący o tym, że nie znając dziejów, możemy podświadomie popełniać te same błędy, gdyż jako ludzie z natury jesteśmy skłonni do zła.  

Należy jednak nadmienić, iż jeśli autorka miałaby w pełni trzymać się realiów historycznych, przywołany przed chwilą fragment musiałby wyglądać nieco inaczej. Co prawda właśnie w kurorcie znanym dzisiaj z forum ekonomicznego, w latach czterdziestych najprężniej działała organizacja o nazwie Front Narodowy, zrzeszająca zwolenników nazizmu, jednakże nie miała ona na tyle dużego wpływu na działania władz, by móc utworzyć obozy koncentracyjne. Pomyłka autorki – o ile nie była zamierzona – mogła pojawić się dlatego, że w omawianym okresie w Szwajcarii istniał przymus pracy dla imigrantów. Wynikał on z faktu, iż niemal wszyscy rodowici mieszkańcy alpejskiego kraju zdolni do czynnej służby wojskowej, zostali wezwani do koszar. W związku z powyższym, osoby proszące o azyl, w zamian za bardzo skromną zapłatę, byli kierowani do pomocy w gospodarstwach. 



                                                          
Druga część powieści przenosi nas do roku 1937. To właśnie wówczas młodziutka i roześmiana Emilie – matka Gustava – na jednym z jarmarków świątecznych poznaje Ericha. Dziewczyna jest pod tak dużym wrażeniem urody zastępcy komendanta lokalnej policji, że postanawia za wszelką cenę zaciągnąć go przed ołtarz. Jako że sam młodzieniec jest łasy na kobiece wdzięki, rodzina Perle’ów wkrótce staje się faktem. Idyllę świeżo upieczonych małżonków, przerywa wizja nadciągającej wojny. Erich coraz więcej czasu spędza w pracy, a gdy wraca cały stres wyładowuje na swojej, nie do końca świadomej zagrożenia, rozkapryszonej żonie. Pomimo, że Emilie przeżyje naprawdę traumatyczne chwile u boku ukochanego, zawsze będzie on dla niej bohaterem. Kobieta podświadomie wyprze istnienie wielu tajemnic w życiu swojego męża.

Wydaje się, że autorka Sonaty Gustava celowo odwraca w tym wątku perspektywę, czyniąc ją bardziej kontrowersyjną, a przez to ciekawszą.  Kiedy śledzimy losy młodego policjanta, który ratuje Żydów jedną pieczątką, wcale nie widzimy w nim człowieka o szlachetnych pobudkach. Mężczyzna w pewien sposób żałuje, że po zlitowaniu się nad jednym potrzebującym, pojawili się następni. Erich wraz z pierwszym kłamstwem w dobrej sprawie poczuł, iż może wszystko. Nagięcie jednej, bezdusznej zasady sprawiło, że mężczyzna automatycznie stwierdził, iż w życiu może bezkarnie zdradzać i oszukiwać swoich najbliższych.



Po poznaniu dwóch części Sonaty Gustava byłam niemal pewna, iż trafiłam na powieść wybitną, co było widoczne chociażby w konstrukcji książki. Do tego momentu można traktować dotychczasową fabułę jako dwa oddzielne opowiadania, które można czytać w dowolnej kolejności. Na tym etapie jedyną postacią łączącą oba fragmenty jest Emilie. Kobietę postrzega się najpierw jako antypatyczną matkę, której dopiero po poznaniu jej wcześniejszych losów, można nieco współczuć, choć na pewno nie polubić. W tym momencie fabuły najlepiej działa niedopowiedzenie i pewien dystans między czytelnikiem a opowieścią, która przypomina kłucie emocji odbiorcy szpilką przez aksamit. W moim przypadku było tak, iż pomimo tego, że czułam, iż śledzę bieg wydarzeń od niechcenia, to mimowolnie je analizowałam. W pewnej chwili pomyślałam, że to świetna propozycja dla tych, którzy chcieliby poznać aspekty związane z II wojną światową, ale boją się, że ten temat będzie dla nich zbyt brutalny i woleliby obserwować ją jedynie między wierszami. Co jednak stanie się, kiedy autorka postanowi nagle zedrzeć zasłonę tajemnicy?

W trzeciej części ponownie wracamy do bohaterów, których losy śledziliśmy na początku powieści. Dwaj chłopcy, którzy szukali kiedyś swojej drogi, są już ustatkowanymi mężczyznami. Gustav prowadzi dość znany, choć z czasem coraz słabiej prosperujący hotel, a Anton jest cenionym wykładowcą w miejscowej szkole muzycznej. Obaj jednak nie są do końca szczęśliwi. Gdy przed nauczycielem pojawia się szansa międzynarodowej kariery, bez wahania decyduje się opuścić Matzlingen. Gustav nie ma czasu roztrząsać kwestii wyjazdu przyjaciela, bo w jego życiu dość niespodziewanie pojawia się ktoś z przeszłości jego ojca.


Do tej partii tekstu Sonaty Gustava mam wiele zastrzeżeń. Największej zmianie ulega styl opowieści, który bezpowrotnie traci dystans pomiędzy narratorem, a czytelnikiem. Nagle dostrzegamy coraz więcej wymuszonych i melodramatycznych zagrywek autorki. Zupełnie jakby jakiś redaktor stanął nagle za Rose Tremain i stwierdził, że czytelnicy są za głupi, by zrozumieć, co pisarka chciałaby im przekazać.  Brytyjska prozaiczka popada, więc nagle w rodzaj dziwnego pośpiechu i aby uwypuklić puentę ponownie wprowadza postać Lottie, która przybliża Gustavowi postać taty, którego nigdy nie poznał.

W gruncie rzeczy właśnie to spotkanie jest przysłowiowym „gwoździem do trumny” dla na pozór świetnie skonstruowanej historii. Trudno, bowiem logicznie wytłumaczyć poczynania spokojnego i neutralnego dotąd hotelarza, który w pewnym momencie bez konkretnego powodu, staje się wyzwolonym seksualnie mężczyzną. Zupełnie nieracjonalne wydaje się też, że bohater, który w gruncie rzeczy zdaje sobie już sprawę ze swojej odmiennej orientacji seksualnej, czuje się w moralnym obowiązku zaspokajać wszystkie pragnienia ponad siedemdziesięcioletniej staruszki, która być może była przyczyną mentalnego rozpadu jego własnej rodziny. Czy zamiast dziwnego przywiązania, Gustav nie powinien czuć raczej nienawiści lub chociaż żalu do kobiety, która ośmieliła się o cokolwiek go prosić?

Wspomniane wcześniej wzmocnienie przekazu definitywnie niszczy to, co w moim odczuciu, w Sonacie Gustava najlepsze – fałszywą neutralność, która objawia się w małych gestach. Telenowelowy finał nijak się ma do tego, z jakiej perspektywy obserwowaliśmy wcześniejsze wydarzenia. Autorka zabrnęła jednak w ślepą uliczkę, z której nie było wyjścia. Nawet nie domyślacie się jak bolesne dla mnie jako czytelniczki, było uświadomienie sobie jakieś osiemdziesiąt stron przed końcem książki, że jakkolwiek się ona nie zakończy, będzie dla mnie totalnym rozczarowaniem. To trochę tak jakby wytrawnego pianistę posadzić przed fortepianem i kazać mu grać najpierw klasykę, z której jest znany, a następnie najnowsze hity muzyki dyskotekowej. Widać by było w tej sytuacji jakiś dziwny fałsz, pomimo iż dobry muzyk potrafi zagrać każdy utwór niezależnie od tego, z jakiego nurtu się wywodzi.



Gdybym miała w jednym zdaniu polecić lub odradzić lekturę Sonaty Gustava najchętniej napisałabym przeczytajcie dwie z trzech części, a ostatnią z nich sobie darujcie. Ja poznałam całość i naprawdę tego żałuję. Trafiłam w swoim życiu na wiele gorszych fabuł, ale chyba nigdy nie czułam się aż tak oszukana jak w tym wypadku.




[1] Rose Tremain, Sonata Gustava, s. 10, Wydawnictwo W.A.B. 2017
[2] Kongres Wiedeński - (niem. Wiener Kongress) – konferencja międzynarodowa przedstawicieli szesnastu państw europejskich, trwająca od września 1814 do 9 czerwca 1815 roku w Wiedniu, zwołana w celu rewizji zmian terytorialnych i ustrojowych spowodowanych wybuchem rewolucji francuskiej i wojnami napoleońskimi oraz wypracowania nowych zasad ładu kontynentalnego.
[3] Linia Maginota (fr. Ligne Maginot) – nazwa stosowana na określenie francuskich fortyfikacji zbudowanych w latach 1929–1934, a następnie wzmacnianych do 1939 na wschodnich granicach państwa. Przeważnie, mówiąc o „Linii Maginota”, ma się na myśli najsłynniejsze umocnienia – na granicach z Niemcami i Luksemburgiem.
[4] Państwa Osi – państwa należące do jednego obozu działań wojennych, walczące przeciw aliantom podczas II wojny światowej. Nazwa „oś” pochodzi od zwyczajowej nazwy, nadanej sojuszowi Trzeciej Rzeszy, Włoch oraz Japonii.
[5] Wielki kryzys (ang. Great Depression) – największy kryzys gospodarczy w historii kapitalizmu, który miał miejsce w latach 1929–1933 i objął praktycznie wszystkie kraje (oprócz ZSRR) oraz niemal wszystkie gałęzie gospodarki.
[6] Procesy norymberskie - sądowe postępowania karne prowadzone w latach 1945–1949 przeciwko głównym zbrodniarzom III Rzeszy toczone przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze.

***

Tekst powstał w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki realizowanego przez Gminną Bibliotekę Publiczną we Frysztaku.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Zapraszam do komentowania. Czuj się jak u siebie i pisz co myślisz, nie bądź jednak wulgarny/a ani chamski/a. Będę wdzięczna za każdy komentarz.
P.S SPAM będzie bezceremonialnie usuwany. Jeśli chcesz polecić mi jakąś stronę, skorzystaj proszę z zakładki kontakt u góry strony i wypełnij tam odpowiedni formularz.