Ads 468x60px

sobota, 16 września 2017

Magdalena Zimny-Louis - Zaginione

Autor: Magdalena Zimny-Louis
Tytuł: „Zaginione"   
Wydawnictwo: Świat Książki
ISBN: 978-83-80315-46-4
Data wydania: 2 czerwca 2016
Liczba stron: 382
Do niedawna niewiele mówiło się o burzliwej i trudnej historii Armenii. W ostatnich latach coraz częściej jednak wraca się chociażby do tematu ludobójstwa Ormian, które miało miejsce w latach 1915-1917. We wspomnianym okresie na skutek rozporządzenia rządu tureckiego zmarło 1.5 miliona osób narodowości ormiańskiej i asyryjskiej, która na skutek przymusowej deportacji, była de facto skazana na śmierć na skutek głodu, rozstrzelań i cicho wspieranych przez władze tureckie ataków Kurdów[1]. Te traumatyczne wydarzenia nie są jedynymi smutnymi kartami w dziejach maleńkiego kraju rozciągającego się współcześnie w północno-wschodniej części Wyżyny Armeńskiej.  Po zwycięstwie Rewolucji Październikowej, Armenia w dn. 29 listopada 1920 weszła, bowiem w skład ZSRR, co ujawniło, istniejące już wcześniej, problemy wewnętrzne zaostrzone tylko przez nieprzemyślane wytyczenie granic nowych republik przez Związek Radziecki.

Punktem spornym był przede wszystkim obszar Nachiczewanu i Karabachu, które jeszcze w latach dwudziestych XX wieku były w czterdziestu procentach zamieszkiwane przez ludność pochodzenia ormiańskiego. Wspomniane obszary zostały włączone do terytorium Azerbejdżanu, co spowodowało masowe migracje osób, które w obawie przed rzezią ze strony Azerów, musiały na zawsze opuścić swoje domy. Nie obyło się też bez działań, które dążyły do ponownego przyłączenia spornych terenów do Armenii. Każdy przejaw uniezależnienia się spotykał się jednak z ostrą, a czasami wręcz brutalną reakcją władz w Baku. Przykładem może być sytuacja, kiedy w zemście za żądanie mieszkańców jednej z miejscowości Górskiego Karabachu, aby przewodniczącym lokalnego kołchozu został Ormianin, odpowiedziano nagłym pogromem wioski. Mimo to wielu miejscach regionu odbyły się zebrania kolektywów, których wynikiem było przyjęcie przez Rady Delegatów Górskiego Karabachu rezolucji, mającej na celu przyłączenie obwodu do granic republiki armeńskiej. Dodatkowo w ramach poparcia wiele osób brało udział w manifestacjach ulicznych.

Widok Górskiego Karabachu
(fot. Marcin Konsek)

Początkowo azerbejdżańskie władze marginalizowały problem, twierdząc że to wyłącznie działania ekstremistów i nacjonalistów, które w niedługim czasie zostaną ukrócone. Sytuacja diametralnie zmieniła się 26 lutego 1988 roku, kiedy sekretarz generalny KPZR[2] Michaił Gorbaczow po uprzednim przyjęciu delegacji armeńskiej, skierował w telewizji apel do zwaśnionych stron, aby podjęły rozsądne działania w celu zażegnania sporu. Ormianie zareagowali na prośbę zgodnie z oczekiwaniami i przerwali protesty, Azerowie natomiast znaleźli powód do dokonania zemsty na przeciwniku. 27 lutego w rozpoczęła się w Sumgaicie trwająca dwa dni operacja pod hasłem „Śmierć Ormianom”. Początkowo nic nie wskazywało na to, że dojdzie do masakry, bowiem tego dnia miał miejsce pokojowy wiec, gdzie uczestnicy domagali się zapewnienia ochrony Azerom z Górskiego Karabachu. Po oficjalnym zakończeniu manifestacji, spora część osób rozeszła się do domów. Reszta podzieliła się na kilkudziesięcioosobowe grupy i rozeszła się po mieście. Tego wieczoru ranionych zostało dwóch Azerów i trzech Ormian. Kolejnego dnia scenariusz wydarzeń zdarzał się powtarzać do momentu, w którym doszło do mordu czterystu Ormian. Chociaż od tych tragicznych wydarzeń minęło już niemal trzy dekady konflikt azersko-armeński o Górski Karabach wciąż nie został rozwiązany.  Choć od kwietnia 2017 roku trwa oficjalne zawieszenie broni, to ekspert do spraw międzynarodowych Witold Repetowicz w swojej analizie[3] twierdzi, że ponowny wybuch walk jest bardzo prawdopodobny.

Powróćmy jednak jeszcze na moment do 1988 roku, który był dla Armenii trudny nie tylko ze względów geopolitycznych. 7 grudnia o godzinie 10.41 doszło do jednej z najtragiczniejszych katastrof naturalnych w historii kraju. Trzęsienie ziemi o sile powyżej dziewięciu stopni w skali Richtera najbardziej dotknęło miasta Leminakan i Spitak, które zostały niemal doszczętnie zniszczone. O skali tragedii może świadczyć fakt, że jej skutki były widoczne w promieniu 50 km od epicentrum katastrofy. Nieprzychylną okolicznością była godzina trzęsienia, gdyż w tym czasie większość osób znajdowała się wewnątrz budynków, w których uczyła się bądź pracowała. Sama akcja ratunkowa nie należała do najłatwiejszych. Trwałemu uszkodzeniu uległy sieci gazowe, wodociągowe i elektryczne, a na nieuprzątniętych jeszcze z gruzu ulicach, wybuchały pożary. Padający śnieg i niska temperatura minimalizowały szanse przeżycia przysypanych ludzi. Na domiar złego, na skutek kataklizmu zniszczeniu uległa większość punktów medycznych, a 90% pracującego w nich personelu poniosło śmierć pod gruzami. Na trudną sytuację szybko zareagowała społeczność międzynarodowa, która zaoferowała pomoc m.in. w poszukiwaniach przy użyciu psów tropiących. Ostateczna statystyki ofiar były jednak druzgocące. W wyniku katastrofy śmierć poniosło 26 tysięcy osób, a niemal pół miliona straciło dach nad głową. Rozmiar tragedii poruszył wiele osób na całym świecie, które w geście solidarności zbierały datki oraz niezbędne artykuły. Jedną ze szczególnych inicjatyw był specjalny koncert pod hasłem „Muzyka dla Armenii” zorganizowany przez francuskiego piosenkarza o ormiańskim pochodzeniu Charlesa Aznavoura.


Tym razem członkowie frysztackiego Dyskusyjnego Klubu Książki w ramach cyklicznych spotkań mieli okazję porozmawiać o „Zaginionych” Magdaleny Zimny-Louis. Dla mnie była to znakomita okazja, by w końcu sięgnąć po książkę, którą kupiłam na Festiwalu Piękniej Książki w Rzeszowie. Wówczas uczestniczyłam także w jednym z pierwszych spotkań autorskich, promujących tę powieść. Po zdobyciu autografu i przyjeździe do domu, włożyłam jednak swój egzemplarz w najodleglejszy kąt mojej półki z dziwnym przeświadczeniem, że chyba ta książka nie jest dla mnie. Wciąż przypominały mi się słowa pani Magdaleny, przyznającej, że „Zaginione” są zupełnie inne niż „Pola”, która była moim pierwszym zetknięciem z prozą podkarpackiej pisarki. Nie wiem, dlaczego doszłam do mylnego wniosku, że książka osadzona w pięknej Armenii, stanie się kolejną propozycją dla zwolenników lekkiej literatury kobiecej. Gdybym wiedziała wówczas to, co wiem teraz, z pewnością nie ociągałabym się tak długo z tą niezwykłą lekturą.

Rodzinne spotkania po latach bywają trudne, zwłaszcza kiedy wiemy, że będziemy musieli wrócić do bolesnych wspomnień z przeszłości. Kiedy w drzwiach słynnej autorki powieści Albiny Soleckiej pojawia się jej siostrzenica, w jednaj chwili odżywają wszystkie zabliźnione (lub raczej sprytnie zakamuflowane) rany. Obie kobiety wiedzą, że ich rozmowa nie będzie tylko luźną pogawędką z racji pytań, które wcześniej czy później muszą paść. Helena odwiedza ciotkę wszakże tylko po to, by oznajmić, iż za kilka godzin wylatuje do Armenii, aby odkryć prawdę o matce, która opuściła ją, kiedy dziennikarka była dzieckiem. Dziewczyna oczekuje choćby strzępka informacji, od czego powinna zacząć poszukiwania, lecz początkowo Albina uparcie odmawia pomocy, podświadomie wiedząc, że to wywoła powrót do najboleśniejszych wspomnień i nigdy nierozwianych wątpliwości. Pisarka jednak nie wie, że jedna rozmowa sprawi, iż czy tego chce czy nie, będzie musiała stawić czoło demonom przeszłości.

Czytając opis na tylnej okładce „Zaginionych” pewnie niejeden czytelnik pomyśli sobie, że poznał już dziesiątki podobnych historii. Niemniej ci, którzy znają już wcześniejsze dokonania Magdaleny Zimny-Louis, doskonale wiedzą o tym, że autorce bardzo daleko do bezmyślnego kopiowania znanych już schematów. Tym razem pisarka naprawdę wysoko postawiła sobie poprzeczkę, łącząc w swojej powieści dwa zupełnie kontrastowe nurty polskiej literatury obyczajowej. Choć trudno w to uwierzyć, „Zaginione” spodobają się zarówno zwolennikom opowieści bazujących na magii pięknych krajobrazów, jak również tym, którzy zdecydowanie bardziej odnajdują się w opisach dosyć pesymistycznej rzeczywistości. Wszystko za sprawą zastosowania w powieści dwóch niezależnych narratorek.

Na treść książki składają się z rozdziały, ukazywane punktu widzenia Albiny oraz Heleny, których losy poznajemy naprzemiennie. Magdalena Zimny-Louis zdecydowała się na niemal całkowite rozdzielenie relacji obu bohaterek zarówno pod względem narracyjnym, jak również fabularnym Czytelnik jest światkiem bezpośredniego dialogu obu kobiet jedynie na początku i na końcu powieści. Czas pomiędzy tymi spotkaniami to poniekąd dwie zupełnie różne ścieżki poszukiwań, które mają się dopełnić dopiero w finale „Zaginionych”. Wydaje mi się, iż dzięki zastosowaniu takiego posunięcia autorce udało się ukazać trudną relację pomiędzy ciotką i siostrzenicą, której wcale nie ułatwia wspólny cel. Choć mogłoby się wydawać, że obie główne bohaterki są do siebie bardzo podobne (np. z racji pokrewnych zawodów}, to jednak jest inaczej. Różni je przede wszystkim wiek, doświadczenia oraz sama perspektywa spojrzenia na postać Anny.


Pomimo że dla Heleny matka jest głównie postacią uwiecznioną na kilku starych fotografiach, dziewczyna podąża jej śladami, a nawet – całkowicie nieświadomie – podejmuje zbliżone decyzje. W momencie wyjazdu do Armenii reporterka tak naprawdę nie wie, czy odważy się, by szukać kobiety, która ją zostawiła. Dziennikarka początkowo wmawia sobie, że wystarczy jej poznanie kraju, aby wypełnić olbrzymią pustkę z dzieciństwa. A może to tylko mizerny powód, żeby Helena mogła uciec od trudnego życia w Polsce? Przez narrację trzydziestolatki do pewnego momentu przewija się przede wszystkim fascynacja niesamowitym pięknem i kulturą Armenii. W tym czasie Albina powraca do lat młodości, kiedy cała przyszła tragedia rodzinna, miała swój dość niewinny początek. Pisarka podświadomie obwinia siebie, że poznała swoją siostrę z człowiekiem, który nie był wart tego, by zostać jej mężem. Dla słynnej autorki jest to, więc nie tylko czas szukania nowych wskazówek, ale także próba wybaczenia sobie pewnych decyzji z przeszłości.


Góra Ararat
(fot.  MEDIACRAT)

Muszę przyznać, że początkowo dużo ciekawsza była dla mnie narracja prowadzona przez starszą z bohaterek powieści. Prawdopodobnie było to związane z faktem, że preferuję fabuły bardzo mocno osadzone w mrocznej i trudnej rzeczywistości. Bardziej optymistyczny obraz prezentowany w rozdziałach o Helenie był dla mnie dużo mniej ciekawy niż zapis przejść jej ciotki. Ta proporcja jednak uległa zmianie w momencie decydującego punktu zwrotnego, który mocno mnie poruszył. Nie oznacza to jednak, iż od razu zaakceptowałam osobowości bohaterek. Początkowo postawy obu kobiet bardzo mnie irytowały, co wbrew pozorom stanowi jedną z największych zalet powieści. Magdalena Zimny-Louis ma fenomenalną zdolność do kreowania niezwykle złożonych osobowości wymyślanych przez siebie postaci. Początkowo obie narratorki ukazane są bardzo powierzchownie, przez co odbiorcy wydaje się, że są dla ogółu zimne i niedostępne. Dopiero poznając je przez pryzmat przeszłości i ich bolesnych doświadczeń, zaczynamy lepiej rozumieć dokonywane przez nie wybory. Autorce udało się bardzo realistycznie ukazać głęboko ukryte schematy, które mniej lub bardziej świadomie, wpływają na nasze decyzje. W związku z tym w książce nie ma miejsca na bardzo płytki przekaz emocji, który znamy z większości współczesnych powieści obyczajowych.

Jeszcze podczas spotkania autorskiego zastanawiałam się, jak autorce udało się połączyć klimat współczesnej Armenii z Polską lat osiemdziesiątych. Kluczem okazała się niezwykle podobna atmosfera polityczna przywoływanych okresów. Oba kraje mają wszak bogatą historię związaną z uzależnieniem od ZSRR. Dla podkarpackiej pisarki nie tak ważne są konkretne fakty historyczne, co ich ślad w pamięci ludzkiej. To przez te wspomnienia bohaterowie budują swoje spojrzenie na świat. W tle powieści widać niezwykle drobiazgowo odmalowane realia omawianych okresów. Na pierwszy plan w tym względzie wysuwa się niezwykle realistycznie przedstawiony obraz Rzeszowa z kultowymi miejscami sprzed lat. Pani Magdalena jednak na tym nie poprzestaje, zastanawiając się, jaką spuściznę pozostawił po sobie okres PRL-u na obszarze południowo-wschodniej Polski i jak ten region postrzegany jest teraz.

„Cała Rzeszowszczyzna zdała egzamin z bierności zarówno w roku 1970, jak i w 1976, nie dołączyliśmy do tych krnąbrnych miast, Płocka, Ursusa, Radomia, których rozwój za karę wstrzymano na wiele lat. My w nagrodę dostaliśmy zastrzyk, rozdawano tanie służbowe mieszkania, tworzyły się nowe miejsca pracy, podwyżki płac, talony na samochody i pralki, lojalność została nagrodzona. Trudno będzie kiedyś historykom wytłumaczyć ten "Cud znad Wisłoka". Dzisiejsze Podkarpacie, kiedyś jedno z najbardziej socjalistycznych województw, bierne i wierne Partii, po kilkudziesięciu latach stało się bastionem skrajnej prawicy”.[4]

Rzeszowski rynek nocą
Skoro nagle znaleźliśmy się na grząskim gruncie polityki, trzeba wspomnieć o najbardziej kontrowersyjnym bohaterze „Zaginionych”. Wiktor Benc to człowiek sukcesu, którego znają niemal wszyscy. Na wizji to wzorowy członek jednej z prawicowych partii, który z oddaniem wspiera przyszłego kandydata na prezydenta. Pewnie nie jeden jego wyborca zdziwiłby się, gdyby wiedział, że szarmancki parlamentarzysta zaraz po wyłączeniu kamer, zmienia się nie do poznania. Nasz bohater jest, bowiem, idealnym przykładem człowieka bez żadnych zasad, który bez mrugnięcia okiem zmieni światopogląd, jeśli uzna to za korzystne dla siebie. Wystarczy wspomnieć, że swój aktualny status mężczyzna zawdzięcza jedynie szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, dzięki któremu nagle niesłusznie został uznany za wzorowego opozycjonistę. Potem, wystarczyło jedynie nie sprostować kłamstwa i korzystać z nadarzających się okazji. Dziś, gdy jest już niemal na szczycie, ma jednak problem, bo poszukiwania Heleny są mu nie na rękę. Jak, bowiem poseł gładko wytłumaczy mediom fakt, że jego córka wyjeżdżając, porzuciła męża, który za kilka miesięcy prawdopodobnie zostanie europarlamentarzystą? Postać Wiktora jest na tyle realistyczna, że pobudza odbiorcę do szukania swego pierwowzoru w realnym świecie.  Myślę, że jest to skutkiem tego, iż autorka ma całkiem dobry zmysł obserwacyjny, który potrafi umiejętnie wykorzystać. W Bencu łączy się wszak wiele cech oraz zachowań, które irytują nas w przypadku polskich polityków.

Niestety znalazłam również mały powód do narzekań. W egzemplarzu finalnym natknęłam się na dość uciążliwe literówki, które nie powinny ujść uwadze dobrego korektora.  Pewnie na ten element popatrzyłabym przez palce, gdyby nie fakt, iż autorka często stosuje zdania wielokrotnie złożone, w których brak jednej litery zmusza do ponownego przeczytania określonego fragmentu. Oczywiście ten problem nie jest na tyle częsty, aby mógł wpłynąć ogólną ocenę powieści, ale jako czytelnik oczekuję od tak cenionego wydawnictwa jak Świat Książki, że takich niedociągnięć w przyszłości nie będzie.

Nie ukrywam, że proza Magdaleny Zimny-Louis zawiera w sobie wszystko to, czego szukam w nieco ambitniejszej literaturze obyczajowej. „Zaginione” są, bowiem idealnym połączeniem mądrej i przedstawionej z najmniejszymi detalami fabuły, dobrze wykreowanych postaci oraz niezwykle dopracowanego języka narracji. Niemniej wydaje mi się, że to, co dla mnie jest największą zaletą książki, dla kogoś innego może okazać się sporym mankamentem.  Ta powieść bazuje, bowiem nie na tempie akcji, lecz emocjach bohaterów, co warto mieć na uwadze zanim sięgniecie po ten tytuł.




[1] Kurdowie – naród pochodzenia indoeuropejskiego, zamieszkujący przede wszystkim krainę zwaną Kurdystanem, podzieloną pomiędzy Turcję, Irak, Iran i Syrię.
[2] Komunistyczna Partia Związku Radzieckiego (KPZR, ros. Коммунистическая партия Советского Союза – КПСС) – ostatnia nazwa założonej w 1903 partii komunistycznej, rządzącej od 1917 do 1991.
[4] Magdalena Zimny-Louis „Zaginione”, str.79, Świat Książki, 2016


***
Tekst powstał w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki realizowanego przez Gminną Bibliotekę Publiczną we Frysztaku.




Opinia bierze udział w Wielkobukowym Wyzwaniu 2017



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Zapraszam do komentowania. Czuj się jak u siebie i pisz co myślisz, nie bądź jednak wulgarny/a ani chamski/a. Będę wdzięczna za każdy komentarz.
P.S SPAM będzie bezceremonialnie usuwany. Jeśli chcesz polecić mi jakąś stronę, skorzystaj proszę z zakładki kontakt u góry strony i wypełnij tam odpowiedni formularz.