Ads 468x60px

środa, 1 października 2014

Droga do złota: Początki marzenia

Jeszcze nie w pełni ochłonęłam po tym co się wydarzyło. Po tak intensywnych trzech tygodniach z siatkówką, z pewną nutką niepewności i zdziwienia piszę: POLSCY SIATKARZE MISTRZAMI ŚWIATA. W pamięci przewija mi się ostatnie kilka miesięcy, które wcale nie gwarantowało tak oszałamiającego sukcesu. Co więcej, gdyby jakiś czas temu ktoś powiedziałby mi, że nasi zawodnicy będą mieli złote medale, uznałabym go za fantastę i powiedziałabym, że czegoś takiego mógł dokonać tylko Hubert Wagner.

Co dalej?
Podobno nie ma dla sportowca niczego gorszego, niż poczucie porażki i zawiedzionych nadziei, gdy w dodatku gra na własnej ziemi. Sądzę, że Polski Związek Piłki Siatkowej, ubiegając się o organizację Mistrzostw Świata w naszym kraju, miał tego pełną świadomość, niemniej w najgorszych snach nikt nie przeczuwał, iż dwa lata przed startem imprezy docelowej nasza kadra się rozsypie i generalnie nawet eksperci, będą zastanawiać się co dalej. Po nieudanych  Igrzyskach Olimpijskich w Londynie i niefortunnej Lidze Światowej w 2013 roku mówiło się już wprost o zapaści polskiej siatkówki. Tylko co zrobić tak krótki czas przed mistrzostwami? Zatrzymać trenera Anastasiego, który odnosił z naszą kadrą sukcesy? Przypomnijmy, iż włoski szkoleniowiec doprowadził Polaków m.in. do zwycięstwa w Lidze Światowej (2012) oraz brązowego medalu Mistrzostw Europy (2011). Wielu kibiców przez długi czas miało nadzieję, że porażki, choć bardzo bolesne, to tylko wypadek przy pracy. Niemniej cierpliwość władz zaczęła się kończyć. Presja rosła, bo nikt nie mógł myśleć o tym, iż siatkarze nie znajdą się choć w czołowej szóstce polskiego wydarzenia sportowego roku. Zdecydowano się na swoisty skok do basenu bez gwarancji, że jest w nim woda.

Antiga, jak Wagner?
Trener Reprezentacji Polski Stéphane Antiga
(fot Zorro2212)
Znalezienie kogoś, kto w kilka miesięcy odbuduje, chociaż częściowo, moc polskich orłów wydawało się mało realne. Co prawda, do prasy przedostawały się informacje, jakoby posada selekcjonera miała przypaść jednemu z bardziej zasłużonych szkoleniowców zagranicznych, niemniej po pewnym czasie stało się jasne, iż misji niemożliwej postawionej przez PZPS nie każdy zechce sprostać. Musiał to być ktoś posiadający na tyle odwagi, by zaryzykować swoją renomę, bądź człowiek z zupełnie czystym kontem trenerskim, który odważy się zaryzykować i poprowadzić siatkówkę ku świetlanej przyszłości. Taki marzyciel się znalazł, choć nikt z fanów siatkówki nie spodziewał się, iż będzie to zawodnik, który kilka tygodni wcześniej walczył na boiskach PlusLigi. Przyjmujący bełchatowskiej Skry, Stéphane Antiga od kilku lat był podporą swojej drużyny, stąd wybór jego kandydatury na trenera reprezentacji Polski, był totalnym zaskoczeniem dla wielu sympatyków piłki siatkowej. Co ciekawe bardzo podobna sytuacja miała miejsce kilkadziesiąt lat wcześniej, gdy po nieudanych igrzyskach w Monachium w 1972 roku, kadrę przejął Hubert Wagner. Jakie były efekty wielu zapewne pamięta.  Mistrzostwo Świata w Meksyku (1974) i złoto olimpijskie w Montrealu (1976) wpisały się do annałów sportu.  Pomimo iż zarówno legendarny „Kat” jak również zawodnik, którego wybrano ma następcę Anastasiego mogli wpisać w swoje życiorysy iż reprezentowali barwy Skry (Hubert Wagner był zawodnikiem Skry Warszawa w latach 1969 – 1973), to jednak sytuacja Antigi była, przynajmniej teoretycznie, nieco inna. Gwarantem przyszłego sukcesu i racjonalnych decyzji, według ekspertów, miał być asystent szkoleniowca Philippe Blain, który poprowadził ekipę Francji do brązowego medalu Mistrzostw Świata w 2002 roku. Mówiło się nawet, iż młodszy z duetu trenerskiego, ma się zająć głównie budową team spirit  i być powodem tego. Iż do zespołu po kilku latach nieobecności powróci Mariusz Wlazły, a cały aspekt szkolenia przypadnie bardziej doświadczonemu z Francuzów. Od momentu oficjalnego ogłoszenia nowego selekcjonera, nie milkły pytania czy dobrym pomysłem jest granie przyjmującego Skry do końca sezonu. Faktem było, iż drużyna z Bełchatowa liczyła na odzyskanie mistrzostwa Polski. Zastanawiano się jak niedawni koledzy z boiska przyjmą swoistą zamianę ról, gdy „Stefan” stanie się ich szefem. Niemniej na razie  walka na ligowych parkietach trwała w najlepsze. Komentatorzy musieli, więc na razie powtarzać, że na zagrywkę udaje się przyszły trener reprezentacji Polski. Zgodnie z przewidywaniami w finałowej fazie, rozgrywanej do trzech zwycięstw, spotkali się obrońca tytułu Asseco Resovia Rzeszów i PGE Skra Bełchatów. Ostatecznie to do tego ostatniego zespołu trafił puchar, a zawodnicy ze stolicy Podkarpacia musieli się zadowolić drugim miejscem. Po decydującym meczu Antiga ostatecznie zakończył karierę zawodniczą. Pewnie wielu zastanawiało się, czy Francuzowi uda się przenieść sukcesy, jakie odnosił jako zawodnik, na łono prowadzonej przez siebie reprezentacji. Na pierwsze odpowiedzi nie trzeba było długo czekać.

Pierwszy cel
Już przed sezonem wiadomo było, iż ten rok będzie dla polskiej kadry siatkarzy wyjątkowo trudny. Eliminacje Mistrzostw Europy, Liga Światowa i Mistrzostwa Świata w Polsce to naprawdę duże obciążenie, zwłaszcza dla dopiero budowanego zespołu. Może w kraju, gdzie siatkówka nadal jest sportem elitarnym, wymogi byłyby mniejsze, niemniej u nas, gdzie ta dyscyplina jest jedną z najważniejszych, kibice i opinia publiczna domagają się sukcesów wszędzie, gdzie to tylko możliwe. Pierwszym sprawdzianem miały być eliminacje do Mistrzostw Europy 2015. Dla niedawno wybranej grupy szkoleniowej był to pierwszy moment poważnych decyzji, które musieli podjąć w bardzo krótkim czasie. Pewnym pocieszeniem było, iż w dwóch turniejach kwalifikacyjnych mieliśmy się zmierzyć z teoretycznie słabszymi rywalami (Słowenią, Łotwą i Macedonią). Już na liście dwudziestu dwóch nazwisk z powołaniami zawodników, którzy byli brani pod uwagę w walce o najwyższe cele, zabrakło osób będących filarami dotychczasowej kadry narodowej. Z rywalizacji wypadli Łukasz Żygadło, zmagający się wówczas ze skutkami niefortunnej kontuzji oraz Zbigniew Bartman. To był znak narodzin nowej ekipy, w której akcenty gry mogą być w przyszłości rozłożone inaczej, niż dotychczas. Na pierwszy turniej eliminacyjny do Wrocławia, jako gracze nie udali się również Andrzej Wrona i Krzysztof Ignaczak. Ciekawe ilu kibiców, podobnie jak ja, zastanawiało się, czy dobrym pomysłem jest dawanie tak dużej odpowiedzialności w ręce młodego libero Pawła Zatorskiego. Przyszłość miała pokazać, iż te wątpliwości były całkowicie bezpodstawne, co udowodniły późniejsze wyniki. W stolicy Dolnego Śląska nasza reprezentacja wygrała wszystkie mecze dość zdecydowanie, oddając tylko jeden set ekipie Słowenii. Prasa przy okazji debiutu nowego selekcjonera, pytała zawodników o wrażenia z pracy z nowym szkoleniowcem. Mariusz Wlazły zapewniał, że pomimo tego, iż jeszcze kilka tygodni wcześniej byli z Antigą kolegami z boiska, to nie ma żadnego problemu z przystosowaniem się do nowej funkcji Francuza.
Druga część turnieju eliminacyjnego miała się przenieść do stolicy Słowenii. Zawodnicy wsiadali do samolotu do Lubljany w wyśmienitych nastrojach, gdyż wystarczył im tylko jeden wygrany mecz, by nasza reprezentacja zapewniła sobie udział w przyszłorocznych mistrzostwach Starego Kontynentu. Być może to sprawiło, iż na boisko wkradło się pewne rozprężenie. Pierwszym przeciwnikiem byli gospodarze, którzy na własnym terenie pragnęli powetować sobie porażkę, którą odnieśli  w kraju nad Wisłą. Efektem był pięciosetowy pojedynek, w którym biało-czerwoni mieli spore problemy. Ostatecznie nasi reprezentanci musieli uznać wyższość Słoweńców. Nie było czasu na zwieszanie głów, gdyż już nazajutrz czekali Łotysze chcący powtórzyć sukces Słowenii i pokonać polskie orły. Na szczęście tym razem sytuacja się nie powtórzyła i nasza kadra pewnie zagwarantowała sobie udział w Mistrzostwach Europy. Po tym meczu po raz pierwszy pojawiła się opinia o tym, iż siłą Polaków może być zespołowość, a nie granie na przysłowiowych „pewniaków”. Starcie z Macedonią okazało się możliwością ogrania niemalże drugiej szóstki, która w trzech setach rozgromiła rywali. Na otwieranie szampanów było jednak jeszcze stanowczo za wcześnie.

Przeczytaj również:
Droga do złota cz. II: Trudne wyzwanie

7 komentarzy:

  1. Emocje, nerwy, niepewność...chętnie przeżyłabym to jeszcze raz!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że chociaż częściowo uda mi się przypomnieć tamte emocje :)

      Usuń
  2. ja nie jestem za dużą fajką oglądania sportu, ale i mnie strasznie rozemocjonowało to wydarzenia, a poza tym bardzo podoba mi się tekst! <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję Marto :) Na szczęście nie musisz się martwić, bo to miejsce nadal będzie bardziej książkowe niż sportowe :)

    OdpowiedzUsuń

Zapraszam do komentowania. Czuj się jak u siebie i pisz co myślisz, nie bądź jednak wulgarny/a ani chamski/a. Będę wdzięczna za każdy komentarz.
P.S SPAM będzie bezceremonialnie usuwany. Jeśli chcesz polecić mi jakąś stronę, skorzystaj proszę z zakładki kontakt u góry strony i wypełnij tam odpowiedni formularz.