Ads 468x60px

środa, 11 czerwca 2014

Sławomir Shuty - Dziewięćdziesiąte

Autor: Sławomir Shuty
Tytuł: „Dziewięćdziesiąte"
Wydawnictwo: Korporacja Ha!Art
ISBN: 978-83-64057-26-7
Data wydania6 grudnia 2013
Długość ścieżki: 4 godz. 19 min.
Każda dekada ma w sobie coś wyjątkowego, choć nie zawsze to zauważany. Zwykle na pozór drobne zmiany wkraczają w naszą rzeczywistość nieoczekiwanie, bądź niezauważalnie. W przypadku tej ostatniej ewentualności, gruntowna ocena zaistniałej sytuacji, następuje dopiero po pewnym czasie. Jeśli chodzi o lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku, to bardzo rzadko je analizujemy. Wydaje się, iż przyczyną tego braku zainteresowania jest dziesięciolecie wcześniejsze, gdy sytuacja społeczna była napięta. W końcu zestawienie okresu, gdy PRL walczył z Solidarnością, a ludzie stali w długich kolejkach, by zdobyć choćby trochę reglamentowanego towaru, z pierwszymi latami po wolnych wyborach jest chyba nieadekwatne, bezcelowe i niewłaściwe. Faktem jednak jest, iż pokolenie dzisiejszych trzydziestokilkulatków wychowało się już głównie w latach ostatniego dziesięciolecia ubiegłego wieku, czyli epoki transformacji.
Swoje własne ujęcie pierwszych lat demokracji przedstawia Sławomir Shuty w osobliwym cyklu opowiadań. Autor to pisarz, reżyser i performer pochodzący z Nowej Huty, o czym dobitnie świadczy już sam pseudonim artystyczny. Tym razem rodzinna dzielnica, specyficzna przez swoją historię, dla nas czytelników jest zarówno punktem startowym, a także pewnym rodzajem odniesienia. Na mapie Polski trudno znaleźć lepsze miejsce, żeby ukazać kontrast przemian w „Dziewięćdziesiątych”. Sama dzielnica to przecież symbol poprzedniego ustroju i jakby nie patrzeć planu sześcioletniego, w którym Nowa Huta miała się stać się miejscem industrializacji na styl radziecki.  Nagle stało się coś, czego władze nie miały w planach. Zmieniła się rzeczywistość i Polska uwalniła się ze złotej klatki. Wbrew pozorom, dziewięćdziesiąte nie dały takiego poczucia wolności, jakiego wszyscy się spodziewali albo inaczej, swoboda pociągnęła za sobą nową niepewność. Powoli i niezdarnie każdy uczył się poruszać w nowych realiach. Autor świetnie pokazuje, iż zmiany następowały powoli i wszędzie. Wolności trzeba było się nauczyć, a cóż zrobić, gdy przewodników jak na lekarstwo?
Kasety VHS to dla mnie  wspomnienie lat dziewięćdziesiątych (fot.Jared C. Benedict)
Najgorzej miało chyba najmłodsze pokolenie. Stare zasady przestały obowiązywać, a nowych jeszcze nie było. Wyjście było jedno – eksperymentować i popełniać błędy. Tak oto powstaje świetny materiał na książkę. Autor nie sili się na opis wielkich wydarzeń. Wystarczy osobisty przekaz tamtego „tu i teraz” bez lukru i cierpiętnictwa. Czyż większość z nas nie pamięta otwarcia pierwszego supermarketu i szału, że wreszcie dotarł do nas „Zachód”? Buntowniczy i walczący rock został chwilowo zagłuszony przez disco polo, bo kto chciał pamiętać lata walki o to, co się stało. Otwarcie na świat to przecież tyle nowości i doznań, których trzeba doświadczyć. Wyjeżdżaliśmy za granice w poszukiwaniu szczęścia. Ktoś się wzbogacał, a ktoś wszystko tracił, gdyż magle jak spod ziemi wyrastali nowi guru, a na każdym kroku czyhały piramidy finansowe.
Gry NES - teraz nikt nie uwierzy, że gry słabej jakości były czymś
 (fot.CC BY-SA 1.0
„Dziewięćdziesiąte” może być pamiętnikiem całego pokolenia młodzieży epoki transformacji. Choć wydaje się, iż autor opowiada o swoich przeżyciach, to jednak wiele z tych historii przeżyliśmy prawdopodobnie, w pewnym stopniu sami.  Pomimo zastosowania bardzo jaskrawej relacji, widzianej oczami buntownika, doskonale odczuwa się atmosferę tamtego czasu. Nie sposób nie dokonać tutaj porównania rzeczonej książki do „Niedzieli, która wydarzyła się w środę” Mariusza Szczygła z powodu zaprezentowanej tematyki. Oba tytuły należy na pewno przeczytać, lecz u Shutego nie ma reporterskiego obiektywizmu i to jest w jego przekazie najlepsze. Pomimo tego, iż dziewięćdziesiąte to w moim przypadku lata dzieciństwa (3 -13 rok życia), to jednak również ja, odnalazłam się chociażby w anegdocie, dotyczącej pierwszej gry, gdy o joystick trzeba było walczyć.
Jedynym niedociągnięciem audiobooka jest tylko drobna wada. Ścieżka, w zależności od części, została nagrana z różną głośnością, co może być problemem, gdy zdecydujemy się poznawać opowiadania w czasie podróży. Mimo to polecam zarówno wersję dźwiękową, jak i papierową tym, którzy chcą sobie przypomnieć lub odkryć na nowo lata dziewięćdziesiąte. 
  
***
Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Portalowi Sztukater.pl

  http://sztukater.pl/

Opinia bierze udział w wyzwaniu Polacy nie gęsi

http://soy-como-el-viento.blogspot.com/2013/10/wyzwanie-polacy-nie-gesi-edycja-druga.html