Ads 468x60px

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Magdalena Zimny-Louis - Pola

Autor: Magdalena Zimny-Louis
Tytuł: „Pola"   
Wydawnictwo: Replika
ISBN: 978-83-7674-195-6
Data wydania:  11 września 2012
Liczba stron: 424
„Każdy człowiek ma swoją historię, którą można by opisać. Byłyby to bardzo dobre książki. Żyjemy ciekawiej, niż nam się wydaje”[1].
Chyba niewiele osób w pierwszym momencie mogłoby przyznać przytoczonym słowom rację, niemniej z pewnością część z nas doszłaby do wniosku, iż każdy tworzy swoją własną historię, która gdyby została spisana, stworzyłaby coś unikalnego. Być może stąd bierze się tak ogromna popularność sag rodzinnych. Właśnie o jednej z takich pozycji chciałabym Wam opowiedzieć. Powinnam zacząć od tego, że pierwszy raz odkąd jestem małą cząstką lokalnego Dyskusyjnego Klubu Książki, miałam okazję uczestniczyć w tak ożywionej polemice nad omawianym tytułem. Biorąc pod uwagę poruszane aspekty, które wcześniej czy później stają się bliskie każdemu z nas, było to czymś naturalnym.
Tosia, a właściwie pani Antonina Pogorzelska jest osiemdziesięciolatką, która mieszka w przeciętnym rzeszowskim bloku. Poznajemy ją w chwili, kiedy podejmuje bardzo ważną dla siebie decyzję. Tydzień po hucznych urodzinach ku zdziwieniu swojej rodziny, staruszka oświadcza, że już nigdy nie wyjdzie z mieszkania, a gustowne garsonki, jakie dotąd nosiła, zamienia na wygodny dres. Nie jest to bynajmniej wynik postępującej demencji, jak mogłoby się wydawać, ale znużenie światem i tym, że mimo dziesięcioletnich próśb do Boga, by powołał ją do siebie, jakoś mało w tym kierunku się dzieje.  Przecież wychowała już dwoje dzieci, które radzą sobie i dochowały się nawet własnych latorośli, więc po co jest potrzebna? Stanie w ogonku w aptece, gdzie inne osoby w jej wieku uskarżają się na codzienne bolączki jesieni życia też nie bardzo jej odpowiada, w związku, z czym kobieta decyduje na dobrowolne zamknięcie się w czterech ścianach i zlecenie wszystkich sprawunków, młodemu sąsiadowi Jackowi.
(fot.by Laurel Fan)
Myliłby się ten, kto myśli, że to początek nieuchronnego marazmu.  Trudno wszak całkowicie odciąć się od świata, gdy sąsiaduje się z Gierkową, czyli największą plotkarą na osiedlu, która lustruje życie całej najbliżej okolicy. Niemniej takie ujednolicenie przestrzeni życiowej sprawia, iż nasza bohaterka coraz częściej powraca w myślach do lat swojej młodości, kiedy to budowała swoje życie na przykładzie najbliższej osoby z jej otoczenia, czyli tytułowej Poli, która jakoś nigdy nie mogła znaleźć miejsca na sielskiej wsi i czuła się obywatelką świata, przez co była nieakceptowana wśród swoich bliskich.  Być może to odrzucenie wynikało z faktu, iż jako mała dziewczynka Bronisława Wawel, bo takie było jej prawdziwe imię i nazwisko, została oddana na wychowanie do państwa Morawskich, którzy traktując ją jak córkę, wszczepili jej wielkomiejski gust i oczekiwanie wysokiego standardu życia, jakiego w rodzinnym domu nie miała szansy zaznać. Nie wiadomo, co było bezpośrednim powodem zamieszkania chłopki w rodzinie wyższego stanu, jednak ta sytuacja miała na zawsze odbić się na kontaktach z matką Tosi.
W pewnym momencie ciotka zafascynowanej nią dziewczynki, wyjeżdża i nie daje znaku życia przez ponad dziesięć lat. Kiedy wraca w 1950 roku, Polska powoli podnosi się z wojennej pożogi. Dla Jadwigi nie jest to jednak miłe spotkanie, gdy dowiaduje się, że Pola planuje ślub z oficerem Urzędu Bezpieczeństwa. Dochodzi do sprzeczki, po której przyszła panna młoda wyjeżdża, obiecując siostrzenicy, iż niedługo zamieszkają razem w Warszawie.
Przyznam, że nie liczyłam, iż ta książka będzie dla mnie tak pozytywnym zaskoczeniem. Co prawda wiedziałam, iż powieść została uhonorowana nagrodą czytelniczek na Festiwalu „Pióro i Pazur”, ale sam opis na okładce nie do końca oddaje nietuzinkowy charakter tej pozycji.  Narratorka wspominając swoje przeżycia, poczynając od czasów dzieciństwa, tak naprawdę stanowi swoisty pomost pokoleniowy między jej rodzicami a swoimi dziećmi, a nawet wnukami. Zaczynając od opisu wyzwolonej Poli, widzimy jak mocno na przestrzeni kilkudziesięciu lat zmienił się pogląd na rolę kobiety w społeczeństwie. Dziś tytułowa bohaterka nie wzbudzałaby takich skrajnych emocji, niemniej kiedyś jej zachowanie i duże aspiracje były nie do pomyślenia zwłaszcza na wsi. Trudno jednoznacznie określić czy jest to pozytywny wzorzec dla dorastającej dziewczyny, lecz to ciotka w pewnym stopniu staje się opiekunką dla Tosi, która nawet po latach ją idealizuje. Samo zamieszkanie w nowym mieście nie jest dla młodej osoby łatwe przede wszystkim ze względu na zbyt nikłą świadomość zaistniałych realiów. Ciężko jest wszak przyjąć, że Andrzej, który na co dzień był troskliwy szarmancki i zapewniał najbliższym artykuły niedostępne dla innych, może zajmować się podpisywaniem wyroków śmierci na przeciwników ustroju. Kobieta dopiero dzięki małżeństwu z Waldemarem pozna prawdziwy obraz człowieka, w którym swego kiedyś się podkochiwała.
Z perspektywy czasu staruszka z dużym dystansem ocenia swoje poczynania. Mało w tym swoistym pamiętniku wielu chwil uniesień, za to jest prawdziwe życie, które pisze swój scenariusz. Autorka w specyficzny sposób pokazuje ciągłość i powtarzalność losu ludzkiego. Sama narracja przypomina w formie gawędę, która naturalnie łączy przeszłość z teraźniejszością, przez co wszechobecne retrospekcje dopełniają aktualne wydarzenia.  Magdalena Zimny-Louis zestawia kontrastowe stanowiska, mogące powodować brak zrozumienia wśród ludzi połączonych więzami krwi. Doskonałym przykładem są relacje między dziećmi pani Antoniny. Artur to bogaty przedsiębiorca, który doskonale wykorzystał moment transformacji do pomnożenia majątku. Może poszczycić się wielkim domem, samochodem oraz dobrze prosperującą firmę. Sielankę dopełnia przepiękna żona Oktawia i córka Agnieszka.  Może to jednak tylko otoczka skrytych problemów i bolesnych wspomnień z przeszłości?
Na przeciwnym biegunie stoi córka Tosi. Zuzanna szczerze gardzi dobrobytem brata. Dla niej ważniejsze są wartości duchowe, które przedkłada nade wszystko. Jej mąż Karol chętnie uczestniczy w każdej pielgrzymce do miejsc świętych, kolekcjonując niemałą ilość zdjęć z doniosłych uroczystości. To niezrozumiałe dla antyklerykalnego Artura wierzącego jedynie w pracę ludzkich rąk, a nie opaczność pochodzącą z nieba, w związku, z czym dosyć często wyśmiewa naiwną jego zdaniem wiarę w Boga. Rodzina ortodoksyjnych katolików, żyjąca w rytm kolejnych świąt kościelnych i wizyt miejscowego księdza jest dla niego przeżytkiem. Co się jednak stanie, gdy Lila oświadczy swojej matce, iż jest w ciąży, a ojcem nieślubnego dziecka jest czarnoskóry Nigeryjczyk? Czy Zuzanna zrozumie córkę czy raczej ją wyklnie?

Panorama Strzyżowa (fot/Lajsikonik)
Nie ukrywam, że niezmiernie miło było w fabule odnajdywać miejsca związane z Podkarpaciem. Zdarza się to przecież nadzwyczaj rzadko, bo twórcy dużo częściej na miejsca akcji wybierają zabytkowy Kraków lub malowniczy Sandomierz, jednak tym razem to głównie Rzeszów i okolice stanowią tło opowieści. Autorka pokazuje, co prawda z nutką, ironii pewne przywary małomiasteczkowości, lecz robi to z niebywałym urokiem i ciepłem. Ogólnie sporo w tej publikacji małych szpileczek sarkazmu wymierzonego, w politykę czy świat mediów. Widać, że praca nad książką wiązała się również z odpowiednim doborem miejscowości, co zasługuje na uznanie, zważywszy, iż czytelnicy niepochodzący z tego regionu nie zwrócą na ten drobiazg uwagi. Dla mnie niebywałą przyjemnością było odnalezienie wzmianek o Strzyżowie, dworku Mycielskich w Wiśniowej czy w końcu orkiestry pochodzącej z Frysztaka, czyli mojej małej ojczyzny.
W książce ukryty jest pewien schemat, wedle którego błędy przeszłych pokoleń są nieświadomie powielane. Tosia prawdopodobnie nie jest świadoma, że faworyzuje Artura, traktując córkę z dystansem. Konflikt Jadwigi z Polą wydaje się być początkiem ochłodzenia relacji między kobietami w rodzinie pani Antoniny. Lila nie zdaje sobie sprawy, że powtarza drogę swojej mamy, o czym ta druga zdążyła już zapomnieć. To powieść o dwóch wymiarach samotności. Tej namacalnej, doświadczanej przez osiemdziesięcioletnią staruszkę, widującą zapracowane dzieci od czasu do czasu na zasadzie rutynowych wizyt i tej emocjonalnej dużo bardziej uciążliwej. W trakcie czytania wydaje się, że osiągnięcie płaszczyzny porozumienia jest niemal nierealne, jednak w pewnej chwili pojawia się pewien list, który może wszystko zmienić. Trzeba się jednak zastanowić, czy kilka zdań nauczy tolerancji tak bardzo różnych ludzi.
„Pola” to saga niezwykła przeznaczona nie tyle do odbiorców lubiących fabuły obfitujące w wielkie rodzinne tragedie i galopującą akcję. To raczej słodko-gorzki obraz, gdzie na pozór zwykłe wydarzenie może stać się niezmywalnym piętnem dla przyszłych pokoleń.




[1] Magdalena Zimny-Louis „Pola”, str. 422, Replika, 2012



***
Tekst powstał w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki realizowanego przez Gminną Bibliotekę Publiczną we Frysztaku.


Opinia bierze udział w wyzwaniu Polacy nie gęsi oraz wyzwaniu bibliotecznym